Pokonferencyjne impresje: Z perspektywy czterech oczu widza z loży szyderców... | Typografia, edytorstwo i design - Koło Naukowe Edytorów UŁ

Czego spodziewałam się po konferencji? Gradobicia, piorunów, trzasków, chrzęstów, zgrzytów i wielu innych niezbyt przyjemnych dźwięków. O dziwo, jakoś nie było tak strasznie.

No cóż, nie da się ukryć, że nie jestem mistrzem pierwszego planu, dlatego starałam się pomagać na miarę swych sił, gdzieś zza kulis. Byle tylko nie być na świeczniku. Z tego powodu postanowiłam zająć się zorganizowaniem torebek dla uczestników i tzw. plastikowej zastawy stołowej.

Znalezienie torebek niewątpliwie stanowiło nie lada wyzwanie i jak na złość, w całym mieście towar ten był deficytowy. Dowiedziałam się, że nie jest to sezon na torebki, jakich potrzebowaliśmy. Ich kupno stanęło pod wielgachnym znakiem zapytania. Szczęście, że przypadkiem przy zakupie kubeczków i osławionych mieszadełek okazało się, że są na stanie sklepu również torby. Nie do końca zadowolona ze spełnienia swej misji wracałam na wydział, aby zostawić cały ekwipunek w szafce. Nie wiedziałam, że już pierwszego dnia konferencji przyjdzie mi się wykazać…

Nastąpił ten dzień, w którym miało się wyjaśnić jak KNE poradziło sobie ze zorganizowaniem konferencji. Chociaż właściwie powinnam napisać: jak poradziła sobie Grupa Trzymająca Władzę… Reszta na dobrą sprawę miała się sprawdzić dopiero w trakcie samej konferencji.

Punktem pierwszym było dotarcie na wydział i zabranie materiałów, które trafiały tam przez cały czas przygotowań. Jak się okazało więcej było tragarzy, niż rzeczy, które należało przetransportować do ŁDK.
Ruszyliśmy grzecznie ze wszystkimi pakunkami w wyznaczonym kierunku. Wyglądaliśmy niczym wycieczka szkolna, a może przedszkolna, ale nieco wyrośnięta ;). Zawsze zastanawia mnie, dlaczego kiedy spotka się większa grupka studentów, robi się zamęt na cały środek transportu. Współpasażerowie patrzą na to zjawisko i rad nierad muszą słuchać czasem bardzo „błyskotliwych” dialogów. Wróćmy jednak do głównego wątku…

Dotarliśmy na miejsce wszyscy, o dziwo nikt się nie zgubił ;). Dzielnie wszystko zostało wtargane do miejsca przeznaczenia. Nastąpił rozdział zadań. Ekipa, która potem okazała się lożą szyderców i kącikiem fotograficznym rzuciła się w wir tworzenia tzw. guest packów dla prelegentów. Każdy z członków tej grupy miał jakieś zadanie. Jedni wkładali kalendarzyki w teczki, drudzy pilnowali, aby wszystko trafiło do toreb, jeszcze inni zanosili gotowe już pakunki na stół, gdzie wszystko było jeszcze raz sprawdzane. Nagle zaczęły pojawiać się jakieś braki w torbach przeznaczonych już do oddelegowania na dół do rejestracji. Okazało się, że przyszły „na pomoc” osoby, chcące się wymigać od innej pracy. Kiedy w końcu im się znudziło, bo okazało się, że zadanie pakowania toreb wcale nie jest takie łatwe, miłe i przyjemne trzeba było sprawdzać raz jeszcze, czy wszystko aby na pewno zostało włożone do guest packów.

Następnym zadaniem, jakie wyrosło przed nami było zwijanie plakatów przeznaczonych dla uczestników konferencji. Mimo kilku pokaleczonych od papieru rąk, obyło się bez śmiertelnych ofiar.

Stanowisko pod ścianą zostało uporządkowane, zbliżała się godzina zero. No tak zbliżała się, a pani profesor nie było. Ufff, przyszła i potoczyło się… Referaty mijały jeden za drugim. Mimo zróżnicowania nie można było się nudzić. Były poukładane według pewnego klucza, który potem i tak uległ drobnym zmianom, chociaż został jednak zachowany pewien porządek.

Nagle okazało się, że potrzebne są stemple. No tak, nikt o nich nie pomyślał. Rany, nasi goście mają pociąg za czterdzieści minut, biegnij!

Tramwaj, żeby był tramwaj – myślę sobie. Jest. Hura! Jestem do przodu. Jest szansa, może dam radę. Drugi tramwaj, no dobrze wsiadam, jadę.
Góra. Jest ktoś w katedrze? Nie, żywej duszy, drzwi zamknięte. Dół. A gdzie klucz? Nie ma? Jak to, czyli ktoś musiał go wziąć. Góra. Tu powinny być zajęcia, a pusto. O, inne drzwi się otwierają… Ja po stemple. Góra. Mam, zatrzymajcie prelegentki, już pędzę! Dół.
I znowu tramwaj! Jest super, jadę. Teraz drugi, noooo. Jest. Mały truchcik. Jupi! Dałam radę, a ona jeszcze nie skończyła? Po co tak leciałam? Nie, nie pada, biegłam. W czterdzieści minut tam i z powrotem.

Drugi dzień nie był już tak pełen wrażeń, biorąc pod uwagę, że tego dnia miałam wygłaszać swój referat.

Znowu wyjmowanie standów, rozkładanie stolików. I otwarcie drugiego dnia. Zaczyna się… Ja i wystąpienia publiczne, co mnie podkusiło? Jeszcze dużo czasu więc przejdzie mi strach. Referaty mijały jeden za drugim. O nie, niedługo ja… Jak po takich referatach mam przyjść do ludzi? Uspokój się, przecież to nic takiego. I jeszcze ten stres. Ja? Już? A może jeszcze uciec? Nie, nie mogę tego zrobić. Dziewczyno bierz się w garść i nawijaj, nie po to pisałaś referat żeby teraz się wycofać.
No dobra zaczynam…. Przekraczam czas, ale jak to możliwe? Przecież w domu mówiłam dużo wolniej i spokojnie mi wystarczało czasu… No, koniec. Jakoś poszło, ale czy jestem zadowolona? Nie, mogłam to powiedzieć inaczej. Lepiej się wysłowić. Trudno, musi zostać jak jest. Czasu nie cofnę chociaż na papierze będzie to lepiej wyglądać. Tyle tu siedzimy, a pewnie im się nie podobało, dajcie spokój żadnych pytań, dajcie ludziom iść do domu. Muszę odetchnąć.
Koniec. Małe sprzątanie i jutro znowu to samo. A trzeba sprawdzić czy czegoś nie trzeba kupić, bo woda się chyba kończy. Załatwione. Możemy wracać do domu. Żeby obyło się bez komentarzy, ale gdzie tam… Jutro ostatni dzień. I mam nadzieję nic niespodziewanego się nie wydarzy.

I faktycznie obyło się bez spięć. Podobnie jak poprzednio, referaty mijały ekspresowo. Moją uwagę zwrócił za to dziwny typek, który uniemożliwiał skutecznie słuchanie.
– Ten koleś, co to za jeden?
– Nie wiem, może jakieś „medium”?
– Ty, zobacz, jaki ma sprzęt i ochraniacz na monitor.
W tym momencie naszym oczom ukazał się monitor od laptopa, który „zabezpieczony” był wielką folią, pod którą z pewnością wszyscy zmieścilibyśmy się w czasie deszczu.
– Ej, a to towarzystwo, to kto?
– To chyba jacyś nauczyciele akademiccy, emerytowani, czy coś…
Po chwili.
– Wiesz co, ten koleś…
– Co z nim?
– Przykucnął i ukazał się jego… Jak myślisz, może powinnam z nim „brudzia” wypić, skoro już mi się obnażył?

Istna loża szyderców… Ale jak tu można zachować powagę, kiedy przychodzi taki jegomość i swoją osobą zakłóca ład i porządek.

Wreszcie ostatni referat, szkoda… Teraz trzeba posprzątać ten bałagan. To do roboty. Szybciej skończymy, szybciej wyjdziemy. Pamiątkowe zdjęcia i mnóstwo śmiechu. I co, to koniec? Idziemy? W tramwaj i na wydział zawieźmy to, co zostało. Schowamy do szafek. A i karteczkę trzeba zrobić, że to własność KNE. Dobra, to ja idę. Widzimy się wieczorem…

Ani gradobicia, ani burzy z piorunami nie było. Nawet o dziwo się nie pokłóciliśmy, a spodziewałam się, że jedni będą mieć pretensje do drugich, że coś tam nie wyszło. Każdy pilnował rzeczy, za które był odpowiedzialny i nikt nikomu za okulary nie wchodził. Zastanawiam się czy to doświadczenie w jakiś sposób wpłynęło na nasze „dotarcie się”, „zintegrowanie” i czy kiedyś jeszcze w takim składzie będziemy podejmować tego rodzaju działania. Żywię głęboką nadzieję, że tak, bo świetnie jest dzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem z innymi.

Tekst: Skarbonka

One Comment to “Pokonferencyjne impresje: Z perspektywy czterech oczu widza z loży szyderców…”

  • „Nie, nie pada, biegłam” — love it ;D

Skomentuj

  • Spotkania

    Semestr zimowy 2015/2016

    Poniedziałki, 17.30–19.00
    (tydzień B)
    sala -01 (poziom -1), Wydział Filologiczny UŁ
    ul. Pomorska 171/173

    Najbliższe spotkanie wyjątkowo:
    w terenie – "Pozytyvka" o 18:30 w czwartek 17 grudnia

    Dowiedz się więcej o spotkaniach!

  • Polub nas!