Pokonferencyjne impresje: Okiem recepcjonistki | Typografia, edytorstwo i design - Koło Naukowe Edytorów UŁ

Jestem leniem. Symulantką. Mistrzynią unikania roboty, odkładania jej na później, skracania, dzielenia się nią z innymi, zapominania o niej lub przynajmniej wybierania takiej, która z prawdziwą pracą niewiele ma wspólnego. Moje zdolności w tej dziedzinie, wierzcie mi, są rozliczne i mało jest sytuacji, w których nie znalazłabym okazji do obejścia swoich obowiązków. Tym razem jednak coś poszło nie tak.

W poniedziałkowy poranek perspektywa witania Gości konferencji i wręczania upominków Referentom wydaje się naprawdę przyjazna. Uśmiech, dwa słowa w kwestii organizacji, prośba o podpis na liście obecności… i tyle. Człowiek czuje się potrzebny, nikt na niego nie krzyczy, nikt nie popędza, a z rąk nie ma co lecieć — więc siedzi sobie wygodnie na krzesełku, wypatruje Gości i czeka. Czeka. Czeka… Ekhm. No właśnie. W tym momencie ujawnia się pierwszy słaby punkt planu: podczas gdy moi urobieni po pachy przyjaciele świetnie się bawią w swoim towarzystwie, ja siedzę dwa piętra niżej i nudzę się całą swoją leniwą osobą, gdyż okazuje się, że Goście z całej Polski nie umówili się jednak na przyjazd tym samym pociągiem. Dacie wiarę? Sądziłam, że odbębnię swoje w trymiga i będę się snuła w okolicach bufetu, wysłuchując referatów, a tu taka niemiła niespodzianka… Siedzenie bez sensu męczy, słowo daję.

Żeby nie było, że nie doceniam udogodnień: mam oczywiście towarzyszkę (równie nieświadomą, na co się porwała, Koleżankę P.), z którą wymieniam poglądy na każdy możliwy temat (w razie konieczności, czynność powtórzyć), przeglądam broszury i pogryzam czekoladowe batoniki. Jedną z niezliczonych zalet Koleżanki P. jest fakt posiadania narzeczonego — Kolegi P. — skutkuje to bowiem szansą na towarzystwo dodatkowej osoby, a tym samym ożywieniem naszych dyskusji. Nie żeby mi nie wystarczała osoba Koleżanki P., ale wiadomo, w kupie raźniej. Większość czasu spędzamy jednak same i obie szybko przyznajemy, że nie tak miało być. Tym bardziej, że nie wolno nam się ruszyć z miejsca, bo w każdej chwili może ktoś się zjawić. I kto wtedy będzie odpowiedzialny za jego zagubienie? My. I weź się potem tłumacz Kierowniczce Imprezy… Rzecz jasna w swej przebiegłości zdecydowałyśmy się na półśrodek i na zmianę biegałyśmy podsłuchiwać Referentów, co skutkowało niestety długimi minutami spędzanymi w towarzystwie własnych myśli u wrót Łódzkiego Domu Kultury.

Promyczkami rozświetlającymi mroki samotności byli zjawiający się (zdecydowanie zbyt rzadko) Referenci, pragnący „odhaczyć się” na liście oraz… goście ŁDK-u, pytający o drogę do sali kinowej. Dzięki nim nasza rejestracja zyskała status „przed-recepcji” odsyłającej po informacje do recepcji :). Mówcie, co chcecie, było to dla nas duże wyróżnienie i pozwoliło na wykreślenie profilu przeciętnego łódzkiego kinomaniaka, co z pewnością kiedyś do czegoś nam się przyda. Ponadto mogę również z całą odpowiedzialnością polecić każdemu wizytę w Klubie Szachowym ŁDK-u. Kilkoro szczęśliwców, którzy zdecydowali się odwiedzić dwie wyrzucone na margines społeczności konferencyjnej recepcjonistki, miało okazję poznać przemiłego Starszego Pana, który w drodze na spotkanie Klubu postanowił uciąć sobie z nami pogawędkę. Wypytał o wszystkie szczegóły dotyczące konferencji, zebrał cięgi od Pań recepcjonistek (tych oryginalnych, ełdekowskich) za zawracanie głowy, a na koniec, chowając się za filarem, machał do nas z promiennym uśmiechem. Tak, moi drodzy, szachista się uśmiechał :).

Nie do śmiechu było za to Koleżance M., gdy podczas wtorkowego popołudnia wraz z paroma życzliwymi osobami towarzyszyła mnie i Koleżance P. w naszym przybytku rozpaczy. Gość, który się wówczas zjawił, wprawił nas wszystkich w niemałe zakłopotanie, gdy przejrzawszy plan konferencji, zainteresował się referatem rzeczonej M. i… począł odpytywać ją z zagadnień związanych z tematem wystąpienia. Co ciekawe, zadał ni mniej, ni więcej jak jedno pytanie. Za to na dziesięć różnych sposobów. Tu oddaję pokłon Koleżance M., która ze stoickim spokojem odpowiedziała nań dziesięć razy — na dziesięć różnych sposobów. Sztuka to niemała, zważywszy, że Jegomość był człowiekiem z gatunku męczących. Żadne z nas nie wiedziało, jak się zachować, gdy zaczął strofować swoją żonę, by uważnie słuchała, natomiast gdy zaanonsował swoją obecność na referacie M. wszyscy poza nią zgodnie uznaliśmy, że środa zapowiada się naprawdę ciekawie. Dla przejętych losem Koleżanki M. dodam, że Gość, owszem, stawił się na jej wystąpieniu i robił szczegółowe notatki, natomiast na jej szczęście poślizg czasowy zmusił organizatorów do pominięcia ostatniej środowej dyskusji.

Wracając do wtorku: zjawiam się skoro świt — w południe znaczy — patrzę, a tu lista Uczestników naznaczona brunatnymi plamami. Nie dość, że parszywa robota, to jeszcze się będę za to wstydzić, bo się komuś kawka, soczek albo czort wie, co innego rozlało… I chyba faktycznie diabli w tym mieli udział, gdyż okazało się, że polała się krew :). Naprawdę nie mam pojęcia, jak wyglądała sytuacja, ale pozwolę sobie nie wykluczyć możliwości, że Przewodnicząca KNE postanowiła uciec się do mało legalnych metod zapewnienia powodzenia konferencji i usiłowała podpisać cyrograf. To, co „zdobiło” jednak listę, mało przypominało cokolwiek, nie mówiąc już o podpisie, w związku z czym, niezależnie od słuszności moich przypuszczeń, sukces projektu TTT przypisywałabym raczej wytężonej pracy organizatorów, nie zaś domniemanym próbom haniebnego przekupstwa, które (być może) uskuteczniała Koleżanka J. Tak czy inaczej, wstydziłam się za to ja i Koleżanka P., bo nikogo nie obchodziło pochodzenie plam :).

Praca recepcjonistki, to ciężki kawałek chleba. Jeżeli zatem nie jesteście tytanami pracy, a któregoś dnia okaże się, że z niezrozumiałych przyczyn — prawdopodobnie skutkiem chwilowej niepoczytalności — bierzecie udział w organizacji doniosłego wydarzenia, posłuchajcie rady Ekspertki ds. Marnowania Czasu i za żadne skarby świata nie wybierajcie zadania, które wyda się Wam najprzyjemniejsze. Zwłaszcza takiego, którego nie chciał nikt inny. To podpucha :).

Tekst: Joanna Rozwandowicz

3 Comments to “Pokonferencyjne impresje: Okiem recepcjonistki”

  • Rewelacja :)

  • Jesteś genialna :) I wreszcie dowiedziałem się, co działo się na dole ;)

  • Nieopisanie mi miło, dziękuję :)

Skomentuj

  • Spotkania

    Semestr zimowy 2015/2016

    Poniedziałki, 17.30–19.00
    (tydzień B)
    sala -01 (poziom -1), Wydział Filologiczny UŁ
    ul. Pomorska 171/173

    Najbliższe spotkanie wyjątkowo:
    w terenie – "Pozytyvka" o 18:30 w czwartek 17 grudnia

    Dowiedz się więcej o spotkaniach!

  • Polub nas!